WYPRAWA FRANCISCA DE ORELLANY

Konkwistadorzy często byli okrutni, cyniczni i chciwi, ale w razie konieczności potrafili wykazać się wyjątkową odwagą, wytrwałością i pomysłowością. Ich najbardziej niezwykłym osiągnięciem nie był podbój imperiów Inków czy Azteków, ale spływ Amazonką, którego dokonał Francisco de Orellana.

Cała historia zaczyna się od przybycia Orellany do Nowego Świata w 1527 roku. Przyszły odkrywca miał wówczas zaledwie 16 lat, co nie przeszkodziło mu wziąć udziału w wyprawach eksplorujących Nikaraguę i Panamę. Następnie wyruszył do Peru, gdzie walczył w wojnach domowych po stronie braci Pizarro przeciw frakcji Diego de Almagro. W uznaniu jego zasług Francisco Pizarro mianował go gubernatorem prowincji La Culata, gdzie Orellana odbudował i ponownie zasiedlił zniszczone przez lokalne plemiona miasto Santiago de Guayaquil.

Plotki o El Dorado

Klęska i śmierć Diego de Almagro w 1538 roku uspokoiła (chwilowo) sytuację w Peru, ale jednocześnie spowodowała, że nagle w kraju znalazło się wielu doświadczonych żołnierzy, którzy nie mieli zajęcia. W tym samym czasie do rezydującego w Quito Gonzala Pizarra zaczęły docierać pogłoski o El Dorado – legendarnym królestwie, którego bogactwa przewyższały skarby Inków i Azteków. Oprócz złota Hiszpanie spodziewali się znaleźć tam również cenną przyprawę – cynamon.

Gonzalo Pizarro, choć pozostaje w cieniu swojego brata, zdobywcy państwa Inków, też był nietuzinkową postacią. Odważny, ale też porywczy i okrutny, cieszył się w Peru ogromnym poważaniem. Szybko zdecydował się podjąć próbę odnalezienia El Dorado. Plotki na ten temat dotarły też do przebywającego w Ekwadorze Orellany, który z końcem 1541 roku przybył do Quito, by zaoferować swoje usługi w zbliżającej się ekspedycji.

Z uwagi na swoje doświadczenie Orellana został mianowany zastępcą dowódcy. Plan wyprawy był następujący: pierwszy wyruszy Gonzalo Pizarro z większością sił, Orellana zaś wróci do Guayaquil i Puerto Viejo, by pozamykać swoje sprawy i zebrać ludzi, a następnie podąży śladami dowódcy. Przygotowania do ekspedycji były naprawdę imponujące. W końcu lutego 1541 roku z Quito wyruszyła wyprawa licząca 220 żołnierzy, z których część była uzbrojona w arkebuzy i kusze. Konkwistadorom towarzyszyły 4000 tragarzy pochodzących z miejscowych ludów. Hiszpanie zabrali ze sobą 200 koni, 2000 świń stanowiących zapas żywności i 2000 psów tresowanych do walki. Była to naprawdę dobrze przygotowana ekspedycja, jednak od samego początku prześladował ją pech.

Pechowa ekspedycja

Przeprawa przez Andy okazała się zabójcza dla wielu tragarzy, a wybuch wulkanu Antisana przeraził ich tak bardzo, że spora grupa zdezerterowała. Zejście z wysokich gór zakończyło co prawda problemy z niskimi temperaturami, ale naraziło z kolei uczestników wyprawy na padający bez przerwy deszcz. Według relacji samego Pizarro: „Po prostu padał deszcz; nigdy nie przestawał padać na tyle długo, by wyschły koszule na naszych plecach”.

Zgodnie z ustaleniami Orellana dotarł do Quito już po wyjściu Pizarra z miasta. Przyszłemu odkrywcy towarzyszyło 23 Hiszpanów. Mimo problemów powodowanych przez wojownicze plemiona obie grupy połączyły się w niewielkiej wiosce Sumaco. Pizarro wraz z oddziałem liczącym około 70 żołnierzy wyruszył na rekonesans w poszukaniu El Dorado i cynamonu. Ani jednego, ani drugiego nie udało się odnaleźć.

W miarę upływu kolejnych miesięcy sytuacja ekspedycji zaczęła się pogarszać. Trudno było znaleźć jedzenie dla tak wielu osób, sprawy nie poprawiał trudny teren i nieprzyjaźni tubylcy. Liczne strumienie i rzeki zmuszały Hiszpanów do budowania wiszących mostów, co powodowało, że tempo marszu było koszmarnie wolne. Samo przedzieranie się przez dżunglę także wyczerpywało siły konkwistadorów, a tragarze masowo umierali z powodu chorób zakaźnych.

Hiszpanie budują statek

Pizarro zadecydował, że aby przyspieszyć marsz, należy skonstruować niewielki statek, brygantynę. Część ekspedycji mogłaby nim płynąć, dokonując rekonesansu, a piechurzy nie musieliby już dźwigać zapasów. Hiszpanie rozbili obóz w miejscu nazwanym przez nich potem El Barco (Statek), położonym niedaleko zbiegu rzek Coca i Napo. Przez cały październik 1541 roku uczestnicy ekspedycji budowali brygantynę, co nieraz wymagało sporej pomysłowości. Na przykład gwoździe, których nie wzięli ze sobą, musieli wyrabiać z podków padłych koni. Ostatecznie udało się skonstruować napędzany wiosłami statek, który mógł pomieścić zapasy i mniej więcej 20–30 osób. Nazwany został San Pedro.

Choć pomysłowa konstrukcja poprawiła nieco sytuację Hiszpanów, to i tak pozostawała ona trudna. Najważniejszym problemem był brak żywności – tak dotkliwy, że na bożonarodzeniowy obiad członkowie wyprawy jedli długo gotowane fragmenty skórzanych siodeł. Przyszedł czas na radykalne rozwiązania. Orellana zaproponował, że zbierze 50–60 ludzi w najlepszej formie i wyruszy na San Pedro, żeby zdobyć pożywienie dla pozostałych. Pizarro zaakceptował propozycję. Ostatecznie 26 grudnia 1541 roku Orellana wyruszył razem 57 towarzyszami w dół rzeki Napo. Wśród załogi San Pedro był zakonnik, Gaspar de Carvajal, który miał prowadzić zapiski dotyczące napotkanych krain. Dla obrony przed plemionami zamieszkującymi brzegi rzeki Orellana zabrał większość arkebuzów, kusz i prochu, którymi dysponowała ekspedycja.

Z początku wszystko szło właściwie zupełnie dobrze, wyłączając fakt, że San Pedro płynął przez zupełnie niezamieszkałą okolicę. Po kilku dniach okazało się, że Napo ma liczne dopływy, w związku z czym prąd stawał się coraz silniejszy, a Orellana zrozumiał, że powrót do oczekujących na żywność towarzyszy będzie niemożliwy.

Co stało się zatem z Gonzalem Pizarrem? Po bezskutecznym oczekiwaniu na powrót Orellany zdecydował się na odwrót w kierunku Quito. Trudno sobie wyobrazić cierpienie Hiszpanów w trakcie tego marszu. Wyczerpani głodem, chorujący na dyzenterię, zmuszeni byli maszerować przez nieprzyjazną dżunglę. Pod koniec czerwca 1542 roku do Quito powróciło zaledwie 80 żołnierzy. Gonzalo Pizarro uważał Orellanę za dezertera i zamierzał go ukarać, jednak kolejne epizody wojen domowych w Peru skutecznie odwróciły jego uwagę od tego problemu. To jednak zupełnie inna historia. Wróćmy do Orellany.

Dyplomacja Orellany

Z końcem lutego 1542 roku Orellanie udało się natrafić na osadę, gdzie zostali przyjaźnie przyjęci, a wódz o imieniu Aparia zaproponował im gościnę. Sporą rolę w nawiązaniu kontaktów z krajowcami odegrał sam Orellana, który dzięki swoim talentom lingwistycznym był w stanie porozumiewać się w lokalnych narzeczach. W przeciwieństwie do większości konkwistadorów chciwość nie zaciemniała mu obrazu sytuacji. Mimo że Aparia i inni mieszkańcy wioski nosili złote ozdoby, Orellana nie podjął żadnych wrogich kroków wobec nich.

Korzystając z okazji, Hiszpanie postanowili wybudować drugi, większy statek. Mieli świadomość, że w pewnym momencie dotrą do morza i będą musieli po nim żeglować. Budowa drugiej brygantyny okazała się trudniejsza, ponieważ było mniej rąk do pracy, brakowało także metalowych przedmiotów, z których wykonywano gwoździe. W końcu udało się jednak skonstruować statek, nieco większy niż San Pedro, który ochrzczono imieniem Victoria. 24 kwietnia 1542 roku Hiszpanie wyruszyli w dalszą drogę.

Kronika wyprawy, którą prowadził Gaspar de Carvajal, jest podstawowym źródłem dla poznania tej historii. Problem polega na tym, że często trudno oddzielić opis rzeczywistych wydarzeń od fantazji autora czy błędnych interpretacji informacji podawanych przez mieszkańców dżungli.

Niezwykłe przygody wyprawy

Jedno jest pewne – od momentu opuszczenia osady przyjaznego Aparii Hiszpanie skupiali się na jak najszybszym podążaniu w dół rzeki. Najważniejszym problemem było pozyskanie żywności. Czasem mieszkańcy przybrzeżnych osad po prostu obdarowywali jedzeniem tajemniczych przybyszy, czasem udawało się coś kupić, np. oferując metalowe dzwoneczki. Jednak najczęściej Orellana i jego towarzysze musieli po prostu wywalczyć sobie pożywienie, napadając na osady ukryte w dżungli.

Z jednej strony Hiszpanie mieli przewagę ognia, którą dawały arkebuzy i kusze, z drugiej strony było ich zaledwie siedemdziesięciu, a potem nawet mniej, bo część zginęła w kolejnych potyczkach. Poza tym łodzie miejscowej produkcji były zdecydowanie bardziej zwrotne niż San Pedro i Victoria. Orellana okazał się jednak właściwym człowiekiem na właściwym miejscu: nie podejmował niepotrzebnego ryzyka, starał się nie drażnić tubylców i nie stosował pokazowego okrucieństwa.

Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, jak wielkim szokiem było dla amazońskich plemion pojawienie się Europejczyków w środku dżungli. Biali, brodaci, dziwacznie ubrani, uzbrojeni w groźną i hałaśliwą broń, mogli wydawać się przybyszami z innego świata. W relacji Carvajala parokrotnie znajdują się wzmianki o krajowcach, którzy próbowali używać szamanów i magii, by pokonać Hiszpanów. Jak nietrudno się domyślić, z mizernym skutkiem.

W trakcie spływu Amazonką Orellana i jego towarzysze napotkali wiele bogatych i ludnych osiedli. Choć kilkudziesięcioosobowy oddział był stanowczo zbyt mały, by pokusić się o podbój, to jednak w przyszłości Amazonia mogłaby się stać cennym nabytkiem dla hiszpańskiej korony. Oczywiście tak się nie stało, ponieważ zanim ktokolwiek zdążył rozpocząć kolonizację, epidemie zdziesiątkowały mieszkańców tych terenów. Niemniej jednak relacje o rozwiniętych społecznościach żyjących na brzegach największej rzeki świata świadczą o skali katastrofy demograficznej, którą spowodowały w Ameryce europejskie patogeny.

Mieszkańcy Amazonii umieli wykorzystać bogactwa, która dawała rzeka i otaczająca ją dżungla. Hiszpanie natrafili na osady specjalizujące się w rybołówstwie, znaleźli także ślady wykorzystywania kauczuku. W niektórych wioskach istniały nawet specjalne fermy w których – w przemyślnie skonstruowanych zbiornikach – hodowano tysiące żółwi.

Niebezpieczni wojownicy

Tubylcy byli jednak nie tylko rolnikami, często zajmowali się też wojaczką. Hiszpanom szczególnie dały się we znaki plemiona posługujące się zatrutymi strzałami, które napotkano bliżej ujścia Amazonki. O ile stalowe pancerze dość skutecznie chroniły przed zwykłymi strzałami i pociskami z miotaczy oszczepów, to w przypadku zatrutych strzał sprawy miały się inaczej. Niegroźne w innym przypadku zranienie nieuchronnie prowadziło do śmierci. Tak opisany został przypadek żołnierza rannego w stopę:

rana przybrała bardzo czarną barwę, a trucizna stopniowo zaczęła się posuwać w górę, jak żywe stworzenie, nie dało się tego zatrzymać, choć próbowali [wypalić] to ogniem, wtedy stało się jasne, że strzała została zanurzona w najbardziej zjadliwej truciźnie, a kiedy trucizna dotarła do jego serca, umarł.

Od tego wypadku Hiszpanie starali się trzymać łodzie tubylców na dystans, obawiając się ataków z zaskoczenia. Zwykle strzały z arkebuzów były wystarczającym argumentem, jednak kilku konkwistadorów zginęło z powodu trucizny.

Co z tymi Amazonkami?

No dobrze, mamy rzekę Amazonkę, a gdzie Amazonki, które dały jej nazwę? Trudno tak właściwie powiedzieć. Według relacji Carvajala podczas jednego ze starć Hiszpanie napotkali wysokie, półnagie wojowniczki strzelające z łuków. Miały one walczyć w pierwszym szeregu lub nawet dowodzić wojownikami. Ich osady zamieszkiwały same kobiety, które od czasu do czasu porywały mężczyzn, by uprawiać z nimi seks i mieć potomstwo. Oczywiście chłopcy byli zabijani lub odsyłani do swoich ojców, a dziewczynki zostawały Amazonkami.

W jakim stopniu wiarygodna jest ta historia? Nie sposób wykluczyć, że Orellana faktycznie spotkał kobiety strzelające z łuków, jednak pozostałą część opowieści należy raczej włożyć między bajki. Nowy Świat w połowie XVI wieku pozostawał dla Hiszpanów krainą cudów, więc spodziewali się znaleźć w nim postacie znane z mitologii. A nie od dziś wiadomo, że człowiek widzi to, co chce zobaczyć.

Szczęśliwy koniec wyprawy i smutny koniec Orellany

Ostatecznie San Pedro i Victoria dotarły do morza i pożeglowały na północ w poszukiwaniu europejskich osiedli. 11 września 1542 roku udało im się dotrzeć do niewielkiej wyspy Cubagua położonej u wybrzeży Wenezueli. Właściwie w tym momencie skończyło się szczęście Francisca de Orellany. Zdołał wrócić do Hiszpanii i przedstawić raport ze swoich odkryć, który został przyjęty z entuzjazmem. W 1544 roku Karol I nadał mu tytuł adelantado (czyli czegoś w rodzaju wojskowego gubernatora) ziem, które miały zostać podbite.

Haczyk polegał na tym, że cała hiszpańska konkwista Nowego Świata była zorganizowana na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego. Orellana musiał na własny koszt zorganizować statki, zapasy i załogę. W końcu udało mu się zebrać to wszystko, jednak część załogi zdezerterowała jeszcze po drodze, a część zmarła z powodu chorób. Przetrzebiona ekspedycja dotarła do ujścia Amazonki, jednak w plątaninie odnóg, kanałów i wysp Orellana nie był w stanie odnaleźć drogi w górę rzeki. Zmarł w listopadzie 1546 roku, prawdopodobnie z wyczerpania. Niewielkiej grupie Hiszpanów udało się uratować i zdać relację z tych wydarzeń.

Francisco de Orellana zdecydowanie wyróżniał się spośród reszty hiszpańskich zdobywców. Nie stosował tortur jako rutynowej metody pozyskiwania informacji, chyba naprawdę interesowała go nauka lokalnych języków, a krainy, przez które podróżował, ciekawiły go nie tylko jako źródło złota. Spływ największą rzeką świata nawet dziś byłby niezwykłą przygodą, a w tamtym czasie był dokonaniem wręcz niewiarygodnym. Trochę szkoda, że zginął w tak pechowych okolicznościach.

Bibliografia:

  1. Buddy Levy, River of Darkness: Francisco Orellana’s legendary voyage of death and discovery down the Amazon, Bantam Books, New York 2011.
  2. Fernando Itúrburu, La figura del Conquistador: un estudio de la imagen de Francisco de Orellana, „Guaraguao”, vol. 1 (1996).
  3. Carole A. Myscofski, Imagining Cannibals: European Encounters with Native Brazilian Women, „History of Religions”, vol. 47 (2007/2008).

Obraz wygenerowany przez AI


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOJNY BURSKIE

OBOZY KONCENTRACYJNE W HISTORII

DUARTE PACHECO PEREIRA. HISZPAŃSKI ŻEGLARZ I KARTOGRAF